Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi fotoaparatka z miasteczka Kałuże / Wieluń . Mam przejechane 5730.28 kilometrów w tym 1406.15 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 18.84 km/h i się wcale nie chwalę, bo i nie ma czym :)
Więcej o mnie. GG: 7918088

baton rowerowy bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Moje rowery

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy fotoaparatka.bikestats.pl
[url=http://zaliczgmine.pl/users/view/332][img]http://zaliczgmine.pl/img/buttons/button-332-black.png[/img][/url]


Darmowe fotoblogi
Wpisy archiwalne w kategorii

Szlakiem drewnianej architektury

Dystans całkowity:823.53 km (w terenie 195.85 km; 23.78%)
Czas w ruchu:42:18
Średnia prędkość:19.47 km/h
Maksymalna prędkość:47.50 km/h
Suma kalorii:8711 kcal
Liczba aktywności:20
Średnio na aktywność:41.18 km i 2h 06m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
25.00 km 2.10 km teren
01:20 h 18.75 km/h:
Maks. pr.:33.00 km/h
Temperatura:11.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 274 kcal
Rower:Author

rowerowa pętla rudnicka

Wtorek, 22 marca 2011 · dodano: 22.03.2011 | Komentarze 10

Wczorajsze plany nie pozostawiły mi innego wyboru jak wsiąść dziś na rower i ruszyć w obce województwo. Rano okazuje się, że kolana nie specjalnie chcą dzisiaj pedałować ale jednak do mnie nie przemawiają zniechecająco.
O 9.00 wsiadam wiec na swojego rumaka i ruszam krajówką przez Dalachów, mijając bokiem Odcinek i Janinów. Skręcam w boczą drogę na Młyny spenetrować tamę oraz z nadzieją na spotkanie łabędzia. Łabędzi nie ma, a układ słońca nie pozwola mi na sfotografowanie tamy.
Ruszam więc dalej w kierunku Rudnik, robiąc sobie skrót. Skrót okazuje się niefortunnym rozwiązaniem, bo w rzeczywistości staje się dłuższą trasą. Po chwili błądzenia wyjeżdżam wreszcie w Rudnikach przy Urzędzie Gminy skąd już kieruje się prosto do Żytniowa, drogą, która przypomina bardziej ser szwajcarski niż jezdnię. W Żytniowie czeka na mnie główny punkt mojej dzisiejszej krótkiej wycieczki. Zabytkowy drewniany kościół św. Marcina, którego historia sięga XIV wieku. Niestety kościół spłonął a na jego miejsce stanęła przywieziona w elementach świątynia z Trzebnicy. Ciekawostką jest fakt, że jest to jedyny drewniany kościół w Polsce, w którym są katakumby. Z tego co wyczytałam owych katakumb zwiedzać nie można z racji bezpieczeństwa.
Kościół Św. Marcina_Żytniów © fotoaparatka

Na miejscu spotykam ekipę układającą kostkę pod Kościołem. Z racji tego, że nie chciało mi się słuchać głupich tekstów pstrykam kilka zdjęć i zmykam dalej. Teraz kieruję się w stronę Cieciułowa przystając w międzyczasie na podziwianie widoków.
Widok miedzy Żytniowem a Cieciułowem © fotoaparatka

Szybko przemykam przez Cieciułów kierując się w stronę Rudnik. Droga jak zwykle u nas raz z górki raz pod górkę, z wiatrem wiejącym prosto w twarz. Przed samymi Rudnikami zatrzymuję się jeszcze przy przydrożnej kapliczce.
kaplicza © fotoaparatka

Z Rudnik nieszczęsną krajówkę już prosto na Kałuże. W domu przemierzam jeszcze ogród w poszukiwaniu wiosennych akcentów i udaje mi się coś znaleźć.
Jutro postanawiam sobie odpuścić pedałowanie z racji dziwnego uczucia w kolanach ale jak będzie to się dopiero okaże:)
wiosna w ogrodzie © fotoaparatka


Dane wyjazdu:
40.50 km 10.30 km teren
02:10 h 18.69 km/h:
Maks. pr.:33.00 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 444 kcal
Rower:Author

Wiosenny szlak drewnianych kościółków

Poniedziałek, 21 marca 2011 · dodano: 21.03.2011 | Komentarze 7

Pierwszy dzień wiosny przywitał mnie mroźnym porankiem, ponieważ jednak mam urlop postanawiam przeczekać z pedałowaniem do plusowych temperatur. Plan dzisiejszego wyjazdu jest ustalony od wczoraj, tak wiec odwrotu nie ma.
Koło godziny 9.00 ruszam w pełnym rowerowym umundurowaniu na wiosenne zdobywanie drewnianych kościółków. I tak przez Marki docieram do Wierzbia, z którego drogą krajową podążam w kierunku Wielunia, zbaczając jednak na zjeździe do Grębienia. Kierując się zielonym szlakiem rowerowym przez Józefkę docieram do Popowic, gdzie czaka na mnie pierwsza drewniana świątynia.
Jest to Kościół Wszystkich Świętych wzniesiony w stylu wieluńskim w początkach XVI wieku. Cała konstrukcja powstała bez użycia gwoździ. Od strony fasady do kościoła przylega wzniesiona na przełomie XVII i XVIII wieku wieża. Niestety do środka świątyni nie udało mi się wejść.
Kościół Wszystkich Świętych w Popowicach © fotoaparatka

Ruszam dalej zielonym szlakiem mijając w Popowicach grupkę dzieci niosących na stracenia Marzanny, chwilę później skręcam w spokojną drogę prowadzącą do Kadłuba. I znów wyjazd na krajówkę chwilę później moim oczom ukazuje się kolejny drewniany zabytek.
Jest to Kościół Św. Andrzeja również należący do grupy świątyń drewnianych wzniesionych w tzw. stylu wieluńskim. Wzniesiony prawdopodobnie w początkach XVI wieku. W 1949 roku został przebudowany przez co stracił swój pierwotny wygląd. Tu również nie udało mi się wejść.
Kościół Św. Anrzeja © fotoaparatka

Obok drewnianego kościoła stoi nowa murowana świątynia. A jednak się da pogodzić zabytki z nowoczesnością bez wywożenia ich do skansenów.
Kościół w Kadłubie © fotoaparatka

Tutaj spotyka mnie chwila zawahania ruszać dalej, czy wracać. Szybko spoglądam na zegarek i podejmuję decyzję o dalszym zdobywaniu świątyń. Drogą krajową pedałuję w kierunku Gaszyna. Jedzie się nawet całkiem przyjemnie i natężenie ruchu znikome. Tak się za pedałowałam, iż o mały włos nie zauważyłabym kościoła. Skręcam w kierunku świątyni, która jest nieco oddalona od krajówki.
Jest to kolejny modrzewiowy kościółek wzniesiony w XVI wieku w stylu wieluńskim. Do chwili obecnej zachowała się archaiczna forma kościoła: prostokątna nawa, i węższe i krótsze od niej prezbiterium zamknięte ścianą prostą. I znów spotykam się z zamkniętymi drzwiami, więc i środka kościółka nie zobaczyłam.
Kościół w Gaszynie © fotoaparatka

I znów spotyka mnie chwila zawahania, po drodze przez głowę przeleciał pomysł, a może jeszcze Krzyworzeka. Bije się z myślami, jednak chęć pedałowania zwycięża i kieruję się stronę owej wsi. Dojeżdżając do Krzyworzeki zatrzymuje się jeszcze przy symbolicznym cmentarzyku. Z tablicy wywieszonej przed wejściem dowiaduje się, iż jest to miejsce gdzie uczczono pamięć mieszkańców, zmarłych wskutek epidemii cholery na przełomie pierwszej i drugiej połowy XIX wieku.
cmentarzyk_Krzyworzeka © fotoaparatka

W Krzyworzece czuję się już jak w domu, w końcu mam tam rodzinę i jest w razie czego do kogo podskoczyć:) W samej wsi interesuje mnie murowany kościół i zabytkowa dzwonnica.
Kościół pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła to murowana świątynia wzniesiona koło XIII wieku z fundacji księcia Bolesława Wstydliwego. Pierwotnie świątynia została wzniesiona z kamienia polnego, nadbudowanego cegłą. Później jednak ulegała różnym przeróbkom, m.in. w XVIII i XX wieku. Była jedną z trzech kościołów romańskich na obszarze średniowiecznej kasztelanii rudzkiej. Kościół stanowił przykład świątyni łączącej funkcje sakralne z obronnymi.
Pierwotny charakter zachowała dzwonnica, gdzie według legendy miał tam przebywać ścigany przez Krzyżaków król Władysław Łokietek. Została zbudowana z kamienia polnego.
Kościół Św piotra i Pawła w Krzyworzece © fotoaparatka

Z Krzyworzeki kierując się dalej zielonym szlakiem pedałuję w stronę Ożarowe. Po drodze użerając się z atakującym moje kostki psiakiem. W pewnym momencie kończy się asfalt i już do samego Ożarowa brnę w błocku. W Ożarowie jeszcze krótki postój przy dworku gdzie obecnie znajduje się Muzeum Wnętrz Dworskich.
Dworek_Ożarow © fotoaparatka

Z spod muzeum ruszam przez Wierzbie i Marki w kierunku domu. I tak kończy się moja dzisiejsza wiosenno- kościelna wyprawa.

Dane wyjazdu:
57.45 km 5.10 km teren
03:06 h 18.53 km/h:
Maks. pr.:36.00 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 629 kcal
Rower:Author

Granatowe źródła a w poszukiwaniu bankomatu rezerwat szachownica

Niedziela, 20 marca 2011 · dodano: 20.03.2011 | Komentarze 8

Wczorajszy dzień zakończył się kompletnym deficytem kilometrów mimo iż pogoda nie była taka zła. Dziś postanawiam nadrobić straconą sobotę, tym bardziej, iż mam okazję wybrać się na wycieczkę w towarzystwie :)
Wyruszamy koło godziny 10.00 obierając sobie za pierwszy cel Granatowe Źródłowa. Chcę sprawdzić czy przy pochmurnej pogodzie faktycznie mają niebieski odcień. Ruszamy przez Kałuże Kolonie, Załęcze Wielkie, Cisową do Załęcza Małego, z którego kierujemy się zielonym szlakiem w kierunku źródeł. Na miejsce docieramy dość szybko.
Robimy chwilę przerwy, podczas której na horyzoncie pojawia się słoneczne niebo:) Kolor owych granatowych źródeł udaje nam się jednak sprawdzić jeszcze przy zachmurzonym nieboskłonie. Faktycznie stwierdzam woda ma ocień granatowy i jest krystalicznie czysta. Tylko na brzegach pełno śmieci:(
Granatowe źródła © fotoaparatka

Granatowe Źródła to krasowe pulsują źródła tarasowe, jedyne na Jurze Polskiej.Część wody bije bowiem ze skalnej szczeliny na brzegu, a część na dnie zbiornika, którym jest starorzecze.
Granatowe Źródła_źródła tarasowe © fotoaparatka
.
Po chwili odpoczynku ruszamy dalej w kierunku Parzymiech, robiąc przystanek przy spożywczaku w celu uzupełnienia kalorii i wody pitnej. Przy okazji wzbudzając "sensację" wśród licznie zebranych ludzi. Zastanawiam się czy oni nie mają lepszego zajęcia w niedziele niż sterczenie przed sklepem.
Ruszamy dalej w kierunku Parzymiech z nadzieją na odnalezienie tam jakiegoś bankomatu, bo kasy w portfelu starczyło na lichego wafelka. Na miejscu od człowieka spędzającego niedzielne popołudnie przy sklepie dowiadujemy się, że najbliższa "ściana płaczu" znajduje się pięć km dalej. Bez chwili wahania ruszamy wskazaną drogą mijając po drodze wieś Napoleon, w której spotykamy ładną kapliczkę.
Kapliczka w Napoleonie © fotoaparatka

W końcu wjeżdżamy do Lipi gdzie znajdować się ma owy bankomat. Po drodze mijamy tabliczkę prowadzącą do Rezerwatu Szachownica. Na horyzoncie naszym oczom ukazuje się poszukiwana przez nas maszyna. Po zaopatrzeniu w gotówkę pedałujemy w kierunku kierunkowskazu prowadzącego do rezerwatu i atakujemy pierwszy napotkany spożywczak.
Wjazd do rezerwatu wiąże się z opuszczeniem asfaltu i ruszeniem w podmokły błotnisty teren. Dość szybko trafiamy na miejsce, odnajdując w końcu jakieś oznakowanie pieszego szlaku, ale to zawsze coś. Robimy chwilę postoju.
Rezerwat Szachownica położony jest na Krzeminnej Górze. Jest to jeden z najdłuższych systemów jaskiniowych na Wyżynie Krakowsko-Wieluńskiej. Jest drugim pod względem liczebności zimowiskiem nietoperzy w Polsce. Ja gacków jednak nie widziałam, kierując się ostrzeżeniami napotkanymi po drodze wolałam nie wchodzić za daleko w głąb jaskini.
jaskinia szachownica © fotoaparatka

rezerwat szachownica © fotoaparatka

Z rezerwatu ruszamy już w drogę powrotną w Napoleonie napotykając rowerzystkę w kasku :) Z Parzymiech przez Kleśniska docieramy do Jaworzna, gdzie jeszcze krótka sesja zabytkowego drewnianego kościoła Św. Trójcy zbudowanego w XVI w.
Kościół Św. Trójcy w Jaworznie k/Welunia © fotoaparatka

Z Jaworzna przez Mostki, Słowików docieramy do Stacji Janinów a stąd już bezpośrednio do domu.

Dane wyjazdu:
24.38 km 10.20 km teren
01:21 h 18.06 km/h:
Maks. pr.:35.00 km/h
Temperatura:4.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 266 kcal
Rower:Author

błotnistym szlakiem drewnianej architektury

Piątek, 4 marca 2011 · dodano: 04.03.2011 | Komentarze 8

Kolejny słoneczny dzień, a ponieważ dziś kończyłam pracę wcześniej, tak wiec po głowie chodziło pytanie, jaką trasę wybrać na rowerową wycieczkę. Wybór padł na drewniane kościółki i wszystko inne co po drodze.
Po powrocie do domu szybkie pakowanie plecaka i ruszam w drogę. Przez Budziaki docieram do końcówki Dzietrznik, gdzie przystaję na chwilę przy leśnej kapliczce.
kapliczka © fotoaparatka

Z Dzietrznik ruszam do Grębienia gdzie czeka na mnie pierwszy drewniany kościółek i tu zaczynają się schody. Wybrałam boczną polną drogę i jak się okazało nie był to do końca przemyślany wybór. Doga w wielu miejscach kompletnie nieprzejezdna, większą część tasy prowadziłam rower. Każda próba jazdy kończyła się pedałowaniem w miejscu. Jak by tego było mało gdzieś na wertepach zgubiłam licznik, wiec musiałam się wrócić. Na szczęście zguba się znalazła.
polna dróżka © fotoaparatka

błotko © fotoaparatka

Po dotarciu do Kościółka Filialnego w Grębieniu, patykiem doprowadzałam rower do stanu użyteczności. Jeszcze tyle błota w swojej karierze na sobie nie miał. Po drobnej toalecie, wyjęłam aparat z plecaka i ruszyłam zwiedzać zabytek.
Modrzewiowy Kościół pod wezwaniem Świętej Trójcy w Grębieniu powstały ok. 1500 roku jest jednym z najcenniejszych zabytków drewnianej architektury sakralnej i jednym z najpiękniejszych kościołów w stylu wieluńskim jaki znajduje się na terenie powiatu.
Kościólek Świętej Trójcy_Grębień © fotoaparatka

Ruszam dalej po drodze napotykając burka, który nie był przyjacielsko do mnie nastawiony. Szczerząc kły odprowadził mnie do drogi w kierunku Kocilewa, nie robiąc sobie nic z nawoływań właściciela. Ruszam dalej tym razem już asfaltem, rozrzucając błoto z opon we wszystkie strony. Po dojechaniu do drogi krajowej nr 45,skręcam w szutrową drogę i ruszam na podbój drewnianego wiatraka. Na szczęście tu błota już zdecydowanie mniej.
Wybudowany w 1914 roku przez rodzinę Kowalskich, pracował jako młyn wietrzny do 1960 roku.
Wiatrak_Kocilew © fotoaparatka

Po krótkim postoju przy młynie ruszam dalej do Ożarowa, gdzie na chwilkę zahaczam o drewniany dworek, ale ponieważ słońce nie ułożyło się przyjaźnie to i zdjęć nie mam. Po wyjeździe na asfalt kieruję się już prosto do Wierzbia gdzie czaka na mnie kolejna sakralna, drewniana budowla.
Drewniany, modrzewiowy kościółek w stylu wieluńskim pod wezwaniem Św. Leonarda z XVI w., przebudowany XVIII w. a odrestaurowany koniec XIX w.
Kościół Św. Leonara_Wierzbie © fotoaparatka

Spod kościółka pedałuję w kierunku domu po drodze napotykając samotnego kolarza. Przez Marki leśnymi drogami, już bez niespodzianek, docieram do Kałuż.

Dane wyjazdu:
15.20 km 12.30 km teren
01:03 h 14.48 km/h:
Maks. pr.:31.00 km/h
Temperatura:8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Author

leśniczówki i gajówki

Niedziela, 6 lutego 2011 · dodano: 06.02.2011 | Komentarze 6

Od wczoraj planowałam dzisiejszy wyjazd, tylko na trasę nie umiałam się zdecydować. Wieczorem sprawdziłam pogodę, która zapowiadała się bardzo sympatycznie, zdecydowanie słabszy wiatr, minus spore zachmurzenie ale przecież ono w pedałowaniu przeszkodzić nie może. Szłam spać szczęśliwa z myślą, że jutro po raz pierwszy w lutym zasiądę na swojego jednoślada. Poranne zderzenie z rzeczywistością za oknem nie było już tak optymistyczne. Z nieba mokry prysznic i moje rozczarowanie. Nie poddając się stwierdziłam, że przeczekam i tak jakoś do obiadu wytrzymałam. Po obiedzie jednak mimo mżawki, które nieustannie rosiła z nieba wyprowadziłam rower, zapakowałam aparat i w drogę. Jakaż ogromna była wtedy moja radość.
Z racji pogody wybrałam krótką trasę za cel obierając sobie gajówki i leśniczówki. W lesie jak to w lesie, śniegu nie ma, ale za to błota co niemiara. W niektórych momentach można było pedałować w miejscu:) Ale ja błotko lubię, wiec nie spowodowało to mojego zniechęcenia. Czasami miałam nawet wrażenie, że specjalnie podświadomie wybieram drogi na których jest go więcej.
Pierwszą leśniczówkę znalazłam w Markach, gdzie zrobiłam sobie krótki postój na przewietrzenia aparatu:)
Leśniczówka w Markach © fotoaparatka

przydrożny krzyż w Markach © fotoaparatka

W trakcie postoju mżawka zaczęła przybierać na sile i rozpadało się na dobre. Kolejny cel dzisiejszej podróży nie pozwolił mi jednak na zawrócenie, tym bardziej, że przez chwilę mogłam popedałować asfaltem. Nowa droga z Marek do Wierzbia marzenie. Nowiutki, gładki asfalt i cała trasa prowadzi przez las. Uwielbiam tam jeździć.
Przed samym Wierzbiem kolejna drewniana gajówka, prawdopodobnie nie zamieszkana ale widać, że ktoś o nią dba. Nie spędziłam tam jednak więcej czasu, bo deszcz coraz bardziej dawał o sobie znać.
gajówka_Wierzbie © fotoaparatka

Droga powrotna przez błotnistą "obwodnicę" Marek gdzie przyciągnęło mnie jeszcze jedne miejsce, którego latem jakoś nie udało mi się nigdy dostrzec. Mimo sporego przemoknięcia musiałam się zatrzymać.
leśny strumyk © fotoaparatka

Droga powrotna nie tylko w błocie ale już w sporym deszczu. Przez chwilę myślałam jeszcze aby popedałować gdzieś dalej, jednak troska o aparat wzięła górę i skierowałam się prosto do domu.
Rower po dzisiejszej wycieczce pięknie przyozdobiony w błotnisty kubraczek, zresztą podobnie jak i ja :)

Dane wyjazdu:
45.45 km 20.70 km teren
02:19 h 19.62 km/h:
Maks. pr.:40.50 km/h
Temperatura:21.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 535 kcal
Rower:Author

ograniczeni w czasie

Niedziela, 25 lipca 2010 · dodano: 27.07.2010 | Komentarze 1

Upały w końcu dały od siebie odpocząć, tak więc i jazda stała się o wiele przyjemniejsza! Co prawda od rana wyglądało, że szykuję się potężna ulewa jednak na rower i tak się umówiłam. Po południu okazało się, że chmury zrobiły się trochę rzadsze i spokojnie można było wyruszyć w drogę. Za cel obrałam sobie Krzeczów, jednak po przejeździe Krzyśka okazało się, że niestety nie mamy tyle czasu żeby tam dotrzeć.
Ruszyliśmy w obraną wcześniej drogę przez Kępowiznę żółtym szlakiem do Bieńca przed którym skręciliśmy w teren i tak Wąwozem Królowej Bony dotarliśmy do Bieńca Małego. Znów chwilowy wyjazd na asfalt i do Łaszewa gdzie odbiliśmy zgodnie z oznakowaniem szlaku w szutrową drogę.
Temperatura naprawdę idealna do jazdy ani nie za gorącą ani nie za zimno i nawet wiatr specjalnie nie dawał się we znaki.
Szlakiem biegnącym praktycznie przy samym korycie Warty dotarliśmy do Przywozu, gdzie zboczyliśmy na chwilkę w kierunku kurhanów książęcych. Mała przerwa na uzupełnienie luk historycznych i ruszyliśmy dalej.
Z racji tego, że ostatnio nie było mi dane przejechać mostem łączącym Przywóz z miejscowością Ogroble trzeba było zobaczyć czy prace już ukończone. Okazuje się, że przeprawa na drugą stronę rzeki jest już możliwa po nowym drewnianym moście.
most_Ogroble © fotoaparatka

Pokręciliśmy się jeszcze chwilę po Przywozie z powodu bezskutecznych poszukiwań młyna wodnego i obierając sobie drogę powrotną, po moich namowach, ruszyliśmy do Toporowa i Kamionu. Drogę udało nam się pokonać dość szybko może z powodu skłębiających się coraz mocniej chmur :) W Kamionie interesowała mnie zabytkowa drewniana kapliczka, której nie miałam okazji sfotografować podczas mojej poprzedniej wizyty.
Kapliczka_Kamion © fotoaparatka

Po zaczerpnięciu wody z bidonu ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Z Toporowa ruszyliśmy w kierunku Mierzyc i tutaj już wiatr powoli zaczyna nam przeszkadzać. Szybko jednak można było się do niego przyzwyczaić. Najważniejsze, że odgonił najciemniejsze chmury z nad naszych głów :) Z Mierzyc skierowaliśmy się na Łaszew, gdzie wróciliśmy chwilowo na żółty szlak. Tym razem zamiast powrotu wąwozem wybraliśmy drogę asfaltową z Bieńca Małego do Bieńca i dalej w Kierunku Kępowizny. Po drodze mieliśmy spotkanie z dwoma nieprzyjaźnie nastawionymi do nas psiakami. Z Kępowizny przez Kałuże Kolonie wróciliśmy do domu, właściwie tylko po to aby uzupełnić kalorię, przebrać się i ruszyć w dalszą drogę na Gabryśkę. Wieczorem czekał nas z grill z okazji imienin mojego współtowarzysza dzisiejszej podróży. Niestety jak tylko rozpoczęliśmy rozpalanie grilla zaczął padać deszcz, ale mimo wszystko impreza się udała.
Powrót do domu późną nocą praktycznie pustą krajówką! Uwielbiam te noce powroty na rowerze:)

Dane wyjazdu:
20.70 km 10.70 km teren
01:00 h 20.70 km/h:
Maks. pr.:26.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 240 kcal
Rower:Author

czarne chmury

Piątek, 23 lipca 2010 · dodano: 27.07.2010 | Komentarze 0

Przyszło ochłodzenie i od razu wróciły chęci do jazdy na rowerze. Co prawda do południa słońce prażyło jeszcze nie miłosiernie, jednak po południu temperatura spadła do przyjemnych 25 stopni. Nie było więc wyjścia trzeba było to wsiadać na rower:)
I tak przez las, gdzie właściwie rzuciliśmy się w ucieczkę przed krwiożerczymi pawentami przez Budziki dotarliśmy do Dzietrznik. Po wyjeździe z lasu okazało się, że w dość szybkim tempie nad naszymi głowami zaczęły się gromadzić czarne, ciężkie deszczowe chmury. Niestety trzeba było zrezygnować z docelowego punktu podróży, jakim były Popowice. Do Grębienia postanowiliśmy jednak dojechać, tym bardziej, że Krzysiu nie miał jeszcze okazji zobaczyć zabytkowego kościółka. Polnymi gliniasto-błotnistymi drogami dotarliśmy do zabytku.
Kościół_Grębień © fotoaparatka

Chwila postoju i ruszyliśmy w drogę powrotną tym razem już drogą nr 43. W Dzietrznikach jednak zboczyliśmy z krajówki na rzecz mniej ruchliwej drogi na Załęcze. Lubię tę drogę z racji tego, że raz z górki raz pod górkę trzeba pedałować. Nie lubię natomiast dlatego, że zawsze przy drodze spotka się kogoś kto rzuci w twoją stronę jakiś głupi tekst i tym razem też tak było. Cóż ludzie to ludzie... ! Dojeżdżając do skrzyżowania z drogą "kłużańską" odpadły nas grube krople zbliżającego się deszczu. Szybko jednak zdążyliśmy przed nimi uciec, ale ulewa w rejonach Warty musiała byc naprawdę silna. Przez Kałuże Kolonię dotarliśmy do domu, a że do 20 km brakołwał nam jeszcze kilkaset metrów postanowiliśmy po ścigać się do mojej babci. Tam załapaliśmy się na herbatę i kolację po której wróciliśmy już do mnie.
Jak to fajnie znów wsiąść na rower!!!!

Dane wyjazdu:
48.64 km 20.10 km teren
02:44 h 17.80 km/h:
Maks. pr.:34.00 km/h
Temperatura:31.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 534 kcal
Rower:Author

Inauguracja urlopu na rowerze

Poniedziałek, 12 lipca 2010 · dodano: 12.07.2010 | Komentarze 2

Wstałam po 7 z wielką niechęcią. Świadomość tego, że mam urlop, że mogłabym się wreszcie wyspać a ja ustawiam sobie budzik na tak wczesną godzinę jest dla mnie przytłaczająca. Jednak kiedy już wygramoliłam się z łóżka i rozpoczęłam dzień, a zwłaszcza gdy wyszłam na dwór i poczułam przyjazną dla pedałowania temperaturę przytłoczenie minęło. Zjadłam więc śniadanie i o godzinie 8.00 przy temperaturze 26 stopni ruszyłam w kierunku Wierzbia. Tam krótki postój przy tablicy ogłoszeniowej. Tym razem wyposażona w taśmę klejącą i obcążki do paznokci (bo stwierdziłam, że są lżejsze i bezpieczniejsze na rower niż nożyczki) z łatwością powiesiłam zaproszenie.
Z Wierzbia do Ożarowa, gdzie miałam kilka postojów. Pierwszy przy kościele z 1930 roku pw. Św. Marii Magdaleny, który swą architekturą nawiązuje do gotyku.
Kościół w Ożarowie © fotoaparatka

Drugi przystanek przy spożywczaku, bo trzeba było zaopatrzyć się w dodatkową wodę. Przy okazji powisiałam kolejne zaproszenie.
Trzeci przy Muzeum Wnętrz Dworskich, gdzie już nie mogłam odpuścić sobie wejścia na jego teren. Chciałam połazić po zabytkowym parku, ale okazało się, że rowerom wstęp wzbroniony:( Szczerze mówiąc to nawet nie ma gdzie tego roweru przed tym muzeum zostawić. Także ze zwiedzania parku nici, bo musiałam mieć rower na oku.
Zespół Parkowo- Dworski w Ożarowie © fotoaparatka

Z muzeum przez Dobijacz dojechałam do Ożarowskich Stawów. Po drodze spotykając się ze zmęczonym upałem bocianem. Biedak nawet nie miał siły przede mną uciekać. Trasa bardzo fajna, wiedzie praktycznie przy samym brzegu kompleksu stawów. Tu oczywiście też chwila przerwy.
Bociek © fotoaparatka

Staw ożarowski © fotoaparatka

Po postoju okazało się, że temperatura już powoli zaczyna dawać się we znaki. Nie zważając jednak na zbliżający się żar popedałowałam dalej zielonym szlakiem w kierunku miejscowości Motyl. Po drodze minęłam jeszcze jeden typowo leśny staw. Przez Słoniny, w których się trochę pogubiłam, leśnymi, piaszczystymi drogami dotarłam do Motyla. Miałam nadzieje, że popatrzę sobie tam na konie ze stadniny, niestety trafiłam chyba na ich drugie śniadanie. Wszystkie ochoczo zajadały coś w odległym, zacienionym koncie wybiegu.
Z Motyla miałam się już kierować w drogę powrotną przez Komorniki, ale coś mnie podkusiło dalej brnąć zielonym szlakiem. Tym bardziej, że na mapie zobaczyłam, że droga którą zamierzam jechać to Trakt Częstochowski, więc pewnie fajny utwardzony szlak. I tu się pomyliłam. Piach, piach i jeszcze raz piach, na dodatek miejscami oznakowanie szlaku schowane za jakimiś krzakami i praktycznie niewidoczne. A na domiar złego poukrywane oznaczenia znajdowały się akurat na rozstajach dróg. Cieszyłam się, że wzięłam mapę :)
Jakaż ja byłam szczęśliwa gdy dojechałam do asfaltu. W zamierzeniu miałam jechać do Skomlina, ale po atrakcjach traktu postanowiłam we Wróblewie zawrócić już w kierunku domu, tym bardziej, że żar z nieba osiągnął już temperaturę prawie 35 stopni.
I tak przez Wróblew do Komornik na Zmyśloną, gdzie zawisło kolejne zaproszenie, do Ożarowa. Po drodze jeszcze wdrapując się na górkę (Wzgórza Ożarowskie), z której roztaczał się niesamowity widok na okolicę.
Widok ze Wzgórz Ożarowskich © fotoaparatka

Z Ożarowa do Wierzbia co prawda z górki ale wiatr dawał o sobie znać spowalniając zjeżdżanie. Z Wierzbia przez Marki do domu, gdzie dotarłam jeszcze przed samym południem.
Po całym dzisiejszym wyjeździe muszę stwierdzić, że wczesne wstawanie się opłaca. Zwłaszcza przy takich temperaturach z jakimi mamy teraz do czynienia. Jutro zamierzam wstać o 6, ale co z tego wyjdzie zobaczymy :)

Dane wyjazdu:
38.33 km 5.00 km teren
01:51 h 20.72 km/h:
Maks. pr.:44.20 km/h
Temperatura:29.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 448 kcal
Rower:

W poszukiwaniu tablic

Czwartek, 8 lipca 2010 · dodano: 08.07.2010 | Komentarze 3

Swą dzisiejszą wycieczkę rozpoczęłam od wizyty w sklepie w Dalachowie. Pilnie potrzebne mi były pinezki. Po dłuższym przeszukiwaniu sklepowych półek w końcu odnalazłam je schowane w kątku. Ze spożywczaka do domu, gdzie krótki pakowanko niezbędnego sprzętu do którego dziś dołączyły zaproszenia.
I tak wyruszyłam w drogę na poszukiwania tablic ogłoszeniowych, na których mogłabym owe zaproszenia porozwieszać. Na Kępowiźnie tablicy brak popedałowałam więc w stronę Bieńca zbaczając na chwilę z asfaltu na żółty szlak rowerowy, aby odpocząć chwilkę nad Wartą.
Warta w Bieńcu © fotoaparatka

Po odpoczynku powrót na asfalt. Drewniana tablica ogłoszeniowa znalazła się przy sali OSP i tu pojawił się problem bo moje pinezki za nic nie chciały w to drewno wejść. Na szczęście na ziemi znalazłam kamień, któremu uległy.
Dalej przez Bieniec Mały do Łaszewa, gdzie oprócz tablicy szukałam jeszcze kolejnego drewnianego kościółka. Tablica tradycyjne przy OSP. Tu już w ogóle straciłam nadzieję, że uda mi się cokolwiek powiesić. Kamień nie dał rady, pół paczki pinezek pokrzywionych ale po jakiś 15 minutach zmagań zaproszenie zawisło.
Droga do drewnianego kościółka wiodła przez Piotrkową Górę, więc trzeba było podjeżdżać, ale wysiłek opłacał się bo to chyba najładniejszy z kościołków, jakie do tej pory miałam okazję zobaczyć.
Kościółek w Łaszewie © fotoaparatka

Dalej popedałowałam w stronę miejscowości Strugi, gdzie tablica znajdowała się u kogoś w ogródku, więc zrezygnowałam i ruszałam w drogę powrotną. W Bieńcu Małym, nie mogąc się powstrzymać skręciłam w teren na żółty szlak.
żółty szlak © fotoaparatka

Początkowo miałam tylko zerknąć na wąwóz, którym zjeżdża się w dolinę rzeki, jednakże Warta działa na mnie jak magnez. Popedałowałam więc piaszczystym wąwozem w dół.
wąwóz © fotoaparatka

Zmagania z piaskownicą na szlaku jednak opłacały się, ponieważ Warta w tym miejscu jest wyjątkowo urokliwa. No i nie pogoniły mnie żadne kundle, co miało miejsce ostatnim razem kiedy tam przejeżdżałam.
Warta © fotoaparatka

żółty szlak © fotoaparatka

Ponownie na asfalt wyjechałam w Bieńcu, z którego już prosto do domu. Chociaż jakieś chochliki w głowie namawiały mnie, aby jeszcze o jakieś miejsce zahaczyć. Burcząca pustka w żołądku była jednak silniejsza :)
Wróciłam do domu jakaś zmordowana. Tyłek mnie bolał pomimo wkładki, nogi jakoś też dały o sobie znać. Nie wiem chyba się starzeję :D

Dane wyjazdu:
40.10 km 15.00 km teren
02:03 h 19.56 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:33.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 443 kcal
Rower:Author

Powrót na szlak drewnianych kościółków

Niedziela, 4 lipca 2010 · dodano: 04.07.2010 | Komentarze 3

Od rana szukałam kompana do towarzystwa na rower. Nie znalazłam co zmusiło mnie do zmiany zaplanowanej trasy. Postanowiłam więc samotnie wrócić na szlak zabytkowych drewnianych kościółków, których w okolicach jest sporo.
Przez "obwodnicę" Marek dotarłam do Wierzbia, gdzie napotkałam pierwszą zabytkową świątynie. Kościółek Św. Leonarda z I połowy XVI wieku.
Kościół w Grębieniu © fotoaparatka

Po krótkim postoju ruszyłam drogą krajową nr 45 w stronę Grębienia. Nienawidzę tych krajówek. Zero pobocza, a próg między jezdnią a początkiem rowu taki, że przypadkowy zjazd z asfaltu może skończyć się nieprzyjemnym upadkiem. Na szczęście krajówką musiałam przejechać tylko około 1,5 kilometra. Po zjeździe z głównej drogi już spokojnie dotarłam do kolejnego kościółka Świętej Trójcy w Grębieniu.
Kościół w Grębieniu © fotoaparatka

Po kilku usilnych próbach sfotografowania zabytku, spakowałam aparat do plecaka i czarnym szlakiem ruszyłam w kierunku Popowic. Tam odnalazłam kolejną drewnianą świątynie, niestety zdjęć nie mam. Z Popowic znów drogą krajową tym razem nr 43 do Pątnowa, gdzie skręciłam w kierunku Bieńca. Na trasie napotkałam źródło Św. Rocha. Zajrzałam do środka studni i rzeczywiście widać było, że źródełko jest, ale jakoś nie miałam odwagi napić się wody.
Źródło Św. Rocha © fotoaparatka

Po krótkim postoju ruszyłam dalej w kierunku Bieńca przed którym skręciłam w polną drogę i już przy samych torach kolejowych dojechałam do Dzietrznik. Jadąc polną drogą mogłam podziwiać letnie krajobrazy i malownicze niebo.
Niebo nad Dzietrznikami © fotoaparatka

W Dzietrznikach jeszcze krótki postój przy Kościele i ruszyłam w kierunku domu przez Kępowiznę i Kałuże Kolonie.
Kościół w Dzietrznikach © fotoaparatka

Ni jeździło mi się dzisiaj wspaniale. Z trudem przychodziło mi pedałowanie. Nie wiem czy to przez ten upał, wiatr czy też po prostu jakiś leń się wkradł w moje nogi. W każdym bądź razie trzy kościółki mam zaliczone, na pozostałe przyjdzie czas później.